Dzień Pamięci o Cywilnej Ludności Powstańczej Warszawy

„Ofiarna zdeterminowana postawa mieszkańców Warszawy spowodowała, że Powstanie utrzymało się przez 63 dni. (...) Ustanawiając 2 października Dniem Pamięci o Cywilnej Ludności Powstańczej Warszawy oddajemy im sprawiedliwość, czcimy pamięć pomordowanych, których tak wielu spoczywa nadal bezimiennie na Cmentarzu Powstańców Warszawy na stołecznej Woli.


Dajemy wyraz naszego przywiązania do idei wolności i poszanowania ludzkiej godności, które są dla nas wartością najwyższą” – to fragmenty z sejmowej uchwały ustanawiającej 2 października Dniem Pamięci o Cywilnej Ludności Powstańczej Warszawy.

Nazwa długa, nieco niezręczna, bo trudna do zapamiętania. Ale też i trudno byłoby wymyślić inną, bardziej zgrabną. To jeden z kolejnych, dość licznie ustanawianych przez polski parlament Dni Pamięci. Jest ich wiele, wiedza o niektórych z nich pewnie nawet nie przebiła się do opinii publicznej. Ale mimo że jest to nowa forma wspólnotowego przeżywania ważnych spraw z naszej przeszłości, to kilka z Dni Pamięci weszło już na trwałe do powszechnej świadomości. Tak jest z 1 marca, czyli Dniem Pamięci O Żołnierzach Wyklętych. Oraz oczywiście z 1 sierpnia, czyli datą, której znaczenie nie trzeba tu wyjaśniać. Można przypuszczać, że 2 października – Dzień Pamięci o cywilnej stronie Powstania – też znajdzie ugruntowane miejsce.

To nie jest pobożne życzenie niżej podpisanego, ale wynik obserwacji tego, jak ewoluują spontaniczne formy celebrowania pamięci Powstania Warszawskiego. Warto odnotować fakt, który nie jest przejawem miejskiego folkloru, ale signum postępującej zmiany: 1 sierpnia tego roku dużo więcej ludzi zebrało się nie w tradycyjnym miejscu czci, czyli na Powązkach Wojskowych, lecz gdzie indziej. W miejscu pod względem historycznym przypadkowym, bo na Rondzie Dmowskiego. Tysiące ludzi, w większości bardzo młodych, przyszło tam, aby wspólnie przystanąć w godzinie W. Tak, aby wszyscy widzieli zamarłe na moment miasto. W miejsce celebry wyciszonej wchodzi wola spektakularnego zamanifestowania przywiązania do bohaterów i wydarzeń sprzed wielu dekad. To spełnienie pięknej frazy z jednej z najpiękniejszych powstańczych pieśni: „Poległym chwała, wolność żywym”. Całe dziesięciolecia oddawano chwałę poległym, ale bez radości, którą żywym daje wywalczona wolność. Teraz, obok oddawania chwały poległym – bo to cały czas ma miejsce – doszła duma z wolności. To jest ten moment, w którym można zrozumieć, dlaczego Powstanie Warszawskie – mimo że to wydarzenie ograniczone terytorialnie – staje się centralnym punktem polskiej tożsamości politycznej. „Nie złamie wolnych żadna klęska” – tak zaczyna się cytowana piosenka. „Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać” – wielokroć przywoływanie słowa Delegata Rządu Na Kraj Jana Stanisława Jankowskiego znakomicie definiują istotę fenomenu pamięci o Powstaniu Warszawskim. Czyli wagi, jaką w polskiej kulturze odgrywają idee podmiotowości, samodzielności i godności.

Twórcy sejmowej uchwały słusznie zapisali, że bez determinacji ludności cywilnej Powstanie nie osiągnęłoby znanego nam wymiaru politycznego i historycznego. Umyka nam fakt, że dzięki temu Powstanie Warszawskie – obok antykomunistycznego powstania lat 1944-1956 – było najbardziej demokratycznym, egalitarnym i ludowym zrywem narodu polskiego. Nie zrozumie tego fenomenu osoba, która oddzielnie będzie patrzyła na wysiłek armii powstańczej i postawę ludności cywilnej. Takiej linii podziału nie da się przeprowadzić.

W ostatnich latach historycy, odpowiednie instytucje (przede wszystkim Muzeum Powstania Warszawskiego) oraz zaangażowani w upamiętnienie aktywiści coraz większą wagę poświęcili cywilnym uczestnikom PW44. To nadrabianie zaległości historycznych, ale nie z powodu jakiejś antynomii między militarną a cywilną stroną Powstania. Wynikło to z czerech zmarnowanych dekad PRL. Powstańcy, gdy mieli już jakąś możliwość działania, poświęcili gros swojej energii na głoszeniu prawdy o Powstaniu. O tym, że nie stali z bronią u nogi i że ich walka nie była bezmyślnym szaleństwem. Nie pomagało im opresyjne państwo, więc na ich barkach spoczęło godne upamiętnienie poległych kolegów. Jednocześnie w autorytarnym państwie przedstawiciele ludności cywilnej nie mieli możliwości samoorganizacji, która umożliwiłaby upamiętnienie tej strony Powstania. Zglajszachtowana „pamięć” uprawiana przez PRL odstręczała ludzi od uczestnictwa w niej. Choć jednocześnie świeczki do dziś zapalane przy ulicach warszawskiej Woli, w miejscach najstraszniejszych zbrodni, wskazują na żywą, osobiście przeżywaną pamięć.

Upamiętnieniu cywilnego „frontu” Powstania nie sprzyjała też atmosfera pierwszej dekady po 1989 r. „Wybierano” wówczas przyszłość, a historycy zajmujący się Powstaniem wpierw musieli skorzystać z okazji, jaką dało zniesienie cenzury i otwarcie archiwów. Po raz pierwszy mogli uczciwie opisać polityczną i dyplomatyczną stronę Powstania. To dlatego aż tak bardzo odwlekła się rzecz, która poza wszystkim jest moralnym obowiązkiem – czyli uczczenie zamordowanych i poległych cywilnych uczestników Powstania. Pod każdym względem – od opisania ich losu po godne upamiętnienie. Świadomość wagi jest coraz większa – dowodem na to są tegoroczne obchody 5 sierpnia, czyli kolejnej rocznicy Rzezi Woli. Z roku na rok przybywa osób czczących ten dzień. Instalacja przygotowana przez Muzeum Powstania Warszawskiego, czyli wypisanie danych osobowych 60 tys. zidentyfikowanych cywilnych ofiar Powstania, wywarło ogromne wrażenie. Jest dowodem na to, że powinna być spełniona zapowiedź władz miasta, iż wreszcie stanie mur z wypisanym danymi poległych i zamordowanych warszawiaków.

Celem zbrodniarzy oprócz fizycznego unicestwienia przedstawicieli buntowniczego narodu było też zatarcie pamięci o zamordowanych. Dlatego w sierpniu 1944 r. Niemcy kazali palić dokumenty swych ofiar. Z tego powodu tak ważnym zadaniem jest pamięć nie o cyfrach - liczbach zamordowanych współrodaków, ale oddanie im tożsamości. Chodzi o odtworzenie tego, kto kiedy i w jakich okolicznościach został zamordowany. Nie ogranicza się to tylko do Warszawy lat wojny. To też kwestia pamięci o ofiarach pacyfikacji wsi polskich, Rzezi Wołyńskiej, deportowanych z Kresów Wschodnich. Trauma II wojny światowej trwa, a milczenie i zaniechanie nie są lekarstwem na nią.
 

Piotr Gursztyn

 

Piotr Gursztyn (ur. w 1970) – dziennikarz, publicysta, z wykształcenia historyk. Pracował w dzienniku „Życie Warszawy”, „Życie”, tygodniku „Nowe Państwo”, „Słowie-Dzienniku Katolickim”, Radiu Plus, Telewizji Puls, TV4, Polsat, „Dzienniku-Polska-Europa-Świat”, dzienniku „Rzeczpospolita”, tygodniku „Uważam Rze”. Obecnie jest dziennikarzem i publicystą tygodnika „Do Rzeczy”. Współpracuje z Polskim Radiem RDC i telewizją „Superstacja”. Autor książek m.in. „Rzeź woli. Zbrodnia nierozliczona” (2014). 

 

Zdjęcie w tle: Ofiary nalotu. Ruiny restauracji „Adria” przy ul. Moniuszki 10, fot. Eugeniusz Lokajski, domena publiczna, Wikipedia.

2015-10-02