Kufer Grydzewskiego. 45 rocznica śmierci Redaktora

Niewielu jest ludzi, których biografia tak nierozerwalnie byłaby związana z zawodem i pasją, jak ma to miejsce w przypadku Redaktora Mieczysława Grydzewskiego.



Mieczysław Grydzewski w czytelni British Museum, fot. Biblioteka Uniwersytecka UMK. Archiwum Emigracji w Toruniu

45 lat temu w Londynie odeszła jedna z największych gwiazd polskiego dziennikarstwa. W chaosie klęski Francji w czerwcu 1940 r. emigranci z września 1939 r. rozpoczynali kolejną tułaczkę, której metą miał być Londyn. Jednym z nich był Grydzewski. Na jednej z podparyskich szos zapchanych tłumami uciekinierów doszło do symbolicznego zdarzenia, wiele mówiącego o charakterze jej głównego bohatera:

[...] kufer Grydzewskiego rozsypał się na szosie. [...] Obok nas szumiała nieprzytomna rzeka uciekających samochodów, z dachami pokrytymi dywanami i pościelą francuskich mieszczan. Na niebie furkotały raz po raz niemieckie aeroplany, słońce prażyło obłędnie. A Grydzewski nie zważając na samochody, na samoloty, na upał, zapominając jakby o dramatycznym przełomie życia – zbierał te swoje archiwa i papiery.

Wydaje się, że Redaktorowi chodziło o coś więcej niż uchronienie papierów przed zniszczeniem. Jego misją było ocalenie resztek dawnego świata. Próbował tego dokonać przez kolejne 30 lat. Do powyższego epizodu dodajmy, że do Wielkiej Brytanii odpłynął kilka dni później na statku „Chorzów”, którego bezcenny ładunek stanowiły arrasy, Szczerbiec, Psałterz Floriański i rękopisy Chopina.

 

Polak z wyboru

Mieczysław Grycendler urodził się 27 grudnia 1894 r. w żydowskiej rodzinie średniozamożnych warszawskich mieszczan. Rodzice kształcili przyszłego redaktora w Szkole Handlowej Siedmioklasowej Zgromadzenia Kupców m. Warszawy. W tym samym czasie jego starsza siostra była więziona w Cytadeli za udział w rewolucji 1905 r. Kilka lat później Grydzewski napisał:
Po ukończeniu tego zakładu uczyłem się przez rok w domu aby następnie zdać egzamin na świadectwo dojrzałości. W r. 1913 wstąpiłem na Uniwersytet w Moskwie i tu przez dwa lata słuchałem prawa.

Gdy wrócił do Warszawy powstawał nowy, już polski uniwersytet. W dokumentach młodego Grycendlera odnajdujemy dokument stwierdzający przynależność wyznaniową. Porzucił religię przodków, jak często bywało wśród asymilujących się Żydów na rzecz kalwinizmu. Na Uniwersytecie Warszawskim studiował historię i filozofię pod kierunkiem największych ówczesnych umysłów: Handelsmana i Tatarkiewicza. Ten pierwszy podziwiał pracowitość Grydzewskiego w pracy na trudnych źródłach historycznych. To zamiłowanie do benedyktyńskiej pracy będzie bezcenne w jego karierze dziennikarskiej.

Grycendler został jednym z pierwszych członków Koła Historyków Studentów UW. W 1918 r. na jego zebraniu wygłosił referat „O duchu dziejów Polski”. W podsumowaniu młody historyk napisał, że naród polski aby przetrwać musi odrzucić romantyczne porywy: „stąd wypływa konieczność odrzucenia kultu bohaterstwa, o ile nie zgadza się z realnym interesem narodowym”. Swój egzamin z patriotyzmu zdał w 1920 r. pracując z Janem Lechoniem i Julianem Tuwimem w Biurze Prasowym Wodza Naczelnego Józefa Piłsudskiego.

 

Od Małej Ziemiańskiej do „Wiadomości Literackich”

Zanim doszło do dramatycznej sceny na francuskiej drodze Grydzewski z mozołem budował życie literackie II Rzeczpospolitej. W styczniu 1920 r. Grycendler jest już Grydzewskim i wydaje pierwszy numer miesięcznika poetyckiego „Skamander”. Słowo wstępne napisał Wilam Horzyca, ale jego redaktorem był Grydzewski: „każde nowe spotkanie to nowy zakręt drogi, nowe niewidziane nigdzie krajobrazy, na które nie chcemy zamykać oczu”. Od tej pory tworzący to środowisko Grydzewski, Kaden-Bandrowski, Tuwim, Wierzyński, Iwaszkiewicz przez kolejne dziesięciolecia kształtować będą polski krajobraz literacki.

Zwieńczeniem ich ambicji były „Wiadomości Literackich”, jeden z największych fenomenów kultury międzywojnia. Założycielom gazety przyświecał pomysł pisania o literaturze w kontekście aktualności życia społecznego oraz świadomość, że czytelnicy pragną poznawać autorów swoich lektur, między innymi dzięki wywiadom. Miał to być również głos części środowiska literatów. Pierwszy numer z 6 stycznia 1924 r. otwierał wywiad ze Stefanem Żeromskim, największym luminarzem polskiej literatury.

Grydzewski dążył do otwarcia tygodnika na rozmaite punkty widzenia. W sposób szczególny dotyczyło to recenzji zamieszanych na łamach „Wiadomości”. Grydzewski nie znał pojęcia autorytetów chronionych przed krytyką. Jedynym odstępstwem był brak zgody na wzajemne recenzowanie tekstów członków redakcji tygodnika. Dowodem obiektywizmu gazety była krytyka wysuwana wobec niej przez wszystkie siły polityczne: dla lewicy była zbyt mieszczańska, dla prawicy zbyt postępowa.

 

 

Od początku na czele redakcji stał Grydzewski. On sam umniejszał swoje zasługi. Wiele lat później stwierdził, że „Wiadomości” redagowały się same. Jego zadaniem miało być wyłącznie odrzucanie nadsyłanych kiepskich maszynopisów i nanoszenie redakcyjnych poprawek. Oczywiście rola Grydzewskiego była znacznie większa: w ciągu kilku lat redagowania „Wiadomości” stał się reżyserem życia literackiego II Rzeczpospolitej.
Tak jak Żeromski otwierał historię „Wiadomości Literackich”, tak symbolicznie zamykał ich epokę młodszy o trzy dekady Kazimierz Wierzyński. W dołączonej do numeru z 3 września 1939 r. ulotce opublikowano jego proroczy wiersz „Wstążka z ‘Warszawianki’” napisany zaledwie tydzień wcześniej:

Biją polskie zegary kurant po kurancie.
Naprawdę idzie pożar. Na ściany się wedrze
Gęstą łuną, co wszystko z tych murów pościera
Oprócz krwi zapisanej na waszej katedrze:
Że tym się tylko żyje, za co się umiera.

 

Nowe „Wiadomości”

28 września Grydzewski jest już w Paryżu. W stolicy Francji znaleźli się również jego przyjaciele: Tuwim, Słonimski, Lechoń i Wierzyński. Grydzewski znał to miasto niemal tak dobrze jak Warszawę. Późną jesienią każdego roku odwiedzał paryskie teatry, aby obejrzeć nawet kilkanaście przedstawień. Podczas ostatniego wyjazdu w grudniu 1938 r. bywał nawet na dwóch spektaklach i seansie kinowym w ciągu jednego dnia, żałując w listach, że teatry nie grają porannych przedstawień. Wówczas był jednak redaktorem naczelnym jednego z najważniejszych polskich tygodników. Rok później stracił niemal wszystko. Nie od razu przystępuje do odtwarzania „Wiadomości Literackich”. Prawdopodobnie zależało mu, aby odrodzony tytuł dysponował niezależnością od rządu dotującego polską prasę, a przez to wpływającego na ich treść. 17 marca ukazały się „Wiadomości Polskie, Polityczne i  Literackie”. Był to hołd złożony utraconej przeszłości: zarówno tej przedwrześniowej jak i dziewiętnastowiecznej, gdy Wielka Emigracja skupiała się wokół wydawanych przez Czartoryskiego „Wiadomości Polskich”.

Grydzewski wspominał paryski okres „Wiadomości” jako jeden z najszczęśliwszych w swoim życiu „wbrew grozie wszystkiego co się działo”. Być może dlatego z taką niechęcia opuszczał to miasto zaledwie dzień przed wkroczeniem Niemców. Londyn nigdy nie stał się w pełni jego miastem.

„To co robią ‘Wiadomości Polskie” to świadome lekceważenie poleceń prawnych pisał w liście do premiera Sikorskiego Stanisław Stroński, minister informacji i dokumentacji. Mimo wielu prób ograniczenia niezależności „Wiadomości” Grydzewski wraz ze swoimi współpracownikami nie dopuścił do zbyt dalekiego ingerowania w treść tygodnika. Zresztą nawet bombardowania Londynu nie zmieniały codziennych przyzwyczajeń Grydzewskiego. Dzień zaczynał wcześnie rano lekturą przychodzącej do redakcji korespondencji. O 9 wchodził do czytelni biblioteki British Museum. Tam spędzał czas aż do zamknięcia. Przez przeszło siedem godzin, z przerwą na lunch Grydzewski gromadził wiedzę zawartą w notatkach. Po siedemnastej wracał do redakcji gdzie spotykał się ze współpracownikami i grupą najbliższych przyjaciół. Tak mijały Grydzewskiemu najtrudniejsze lata wojny.

 

W krainie Grydzewskiego: silva rerum

Ta codzienna rutyna została przerwana zniknięciem „Wiadomości Polskich, Politycznych i Literackich” w lutym 1944 r. Powodem było odebranie redakcji przydziału papieru. Aż dwa lat zajęło Grydzewskiemu odrodzenie tygodnika tym razem noszącego tytuł „Wiadomości”. Grydzewski był już przygotowany do spędzenia na emigracji reszty życia. Na nowo więc zdefiniował swoją misję: „istotną pozycję obecnych ‘Wiadomości’ stanowi wspominkarstwo: wydaje mi się że nawiązywanie do przeszłości konkretnej jest rzeczą znacznie bardziej realną niż pogrążanie się w niewiadomej przyszłości”.

 


Mieczysław Grydzewski był jednym z bohaterów wystawy Muzeum Historii Polski "Londyn - stolica Polski. Emigracja polska 1940-1990" prezentowanej w 2014 roku w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie

 

Akcja wielu baśni i bajek znanych od stuleci toczy się w tajemniczym, pełnym zagadek lesie. Grydzewski postanowił stworzyć swój własny las – silva rerum – i związane z nim opowieści. Zasługują one na oddzielny artykuł. Należy tylko zauważyć, że stały się niemal oddzielną od „Wiadomości” instytucją dającą londyńskiej emigracji możliwość oderwania się od codziennej rzeczywistości.

Mieczysław Grydzewski zmarł po trwającej trzy lata chorobie 9 stycznia 1970 r. Zaledwie rok wcześniej odszedł jego przyjaciel Kazimierz Wierzyński. Niewielu wie, że jeden ze swoich najsłynniejszych wierszy, „Zapach” zadedykował Redaktorowi:


„Dopiero nocą, gdy idziemy skrajem
Rzęs ponadwodnych w blady księżyc z wosku
Zgaduję nagle, że idę mym krajem
I trawy pachną i więdną po polsku.”

                                                                               

                                                                                Michał Szukała

 

W pracy nad artykułem korzystałem z wydanej niedawno nakładem Wydawnictwa Iskry książki „Silva rerum” w opracowaniu Jerzego B. Wójcika i Mirosława Supruniuka.

 



***

Double think

Mylą się ci, co przypuszczają, że politycy i dziennikarze zachodnioeuropejscy naprawdę orientują się w systemie sowieckim. Poza nielicznymi wyjątkami, po prostu nie wiedzą i nie wierzą, i trudno się nawet temu dziwić, podobnie jak trudno by było dziwić się normalnemu człowiekowi, który by nie uwierzył, że jego sąsiad uprawia ludożerstwo.

W czasie rozmowy Churchilla z Andersem 21 lutego 1945 wysoki doświadczony urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Cadogan wyraził zdziwienie, kiedy Anders powiedział, że woli, by Rosja sama tworzyła rząd polski, opierając się wyłącznie na komitecie lubelskim, a bez udziału czynników niezależnych, gdyż i tak to na jedno wyjdzie, a przynajmniej opinia nie będzie wprowadzona w błąd. Nie ma żadnej wątpliwości, że w stanowisku Cadogana nie było żadnego machiavelizmu, że on – wychowany w zasadach demokracji europejskiej – szczerze uważał Andersa za szaleńca, który odrzuca zdrowy i zrozumiały kompromis. I na pewno – mimo wszystkich doświadczeń czeskich i nieczeskich – do dziś dnia nie przyjdzie mu na myśl, że to nie on, ale Anders reprezentował prawdziwy rozum stanu, bo rozum stanu nie polega na tępym trzymaniu się nieprzestrzeganych już przez partnera prawideł gry, ale na uwzględnieniu nowych warunków, nowych metod i nowej umysłowości totalnej.

Ta właśnie nieznajomość rzeczywistości sowieckiej prowadzi do tak zdumiewających nieporozumień, jak stosunek krytyki do powieści Orwella Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt cztery – najbardziej przejmującej książki naszych czasów. Mimo całej artystycznej świetności Koestlerowskiej Ciemności w południe, trudno zapomnieć, że bohater jej Rubaszow należy do tego samego plemienia psychicznego, co Nr 1, że tylko przypadek zrządził, iż nie Nr 1 na rozkaz Rubaszowa, ale Rubaszow na rozkaz Nr. 1 ginie w lochach czerezwyczajki. U Orwella zarówno Wielki Brat, jak jego oponent Goldstein-Trockij stanowią podwójne oblicze tego samego plugawego bożka totalizmu, a bohater powieści, Winston Smith, buntuje się nie w imię tej czy innej koncepcji politycznej, ale w imię praw ludzkiej indywidualności.

Powieść Orwella jest powieścią o Rosji sowieckiej; przy czym ujawnia ona głęboką znajomość mechanizmu bolszewickiego państwa totalnego, opartego nie tylko, jak totalizm hitlerowski, na brutalnej przemocy fizycznej, ale na stokroć straszliwszej przemocy doktrynalnej, niszczącej w każdej jednostce resztki człowieczeństwa. To, że powieść rozgrywa się na tle Londynu w r. 1984, nie jest rzeczą ważną, ważne jest, że nie ma w niej nic zmyślonego, że wszystko, co się w niej dzieje, jest możliwe w państwie sowieckim, że wszystkie przesłanki są wzięte nie z fantazji, ale z rzeczywistości.

Krytyka brytyjska zachowała się wobec powieści Orwella jak ów bohater bajki Kryłowa, który w ogrodzie zoologicznym obejrzał co do jednego robaczki, ale słonia nie zauważył. Nie zauważyła, że jest to powieść o Rosji. „Władza i korupcja”, „Opowiadanie, które jest oskarżeniem”, „Czy tak będzie w r. 1984?” – oto tytuły recenzji w najpoważniejszych pismach, a pewien dziennik popularny pisze: „Pana Orwella dręczyła zmora nocna”. Niestety, ta zmora dręczy dziś na jawie setki milionów ludzi i nie trzeba wielkiej wyobraźni, by stwierdzić, że jeżeli dzięki bombie atomowej – której użycie, miejmy nadzieję, bolszewicy swoim postępowaniem wymuszą w końcu na prezydencie Trumanie – tak nie będzie w Anglii w r. 1984, to tak jest w Rosji w r. 1949.

Książka Orwella w swej dociekliwości psychologicznej, w umiejętności stwarzania atmosfery, w używaniu tego efektu, który Rosjanie określają nieprzetłumaczalnym terminem „nadryw” („nadryw” to jakby synteza katharsis, suspense i „nastroju”) – sięga wyżyn Dostojewskiego. Intelektualne jej rusztowanie jest równie mocne, a prawdziwą inwencję stanowi teoria double-think’u (podwójnej myśli), na której opiera się całe życie ponurego totalnego państwa. „Wiedzieć i nie wiedzieć, mieć całkowitą świadomość prawdy, a jednocześnie mówić starannie wypracowane kłamstwa, wyznawać dwa wykluczające się wzajemnie poglądy, wierzyć w oba, wiedząc, że są ze sobą sprzeczne, odrzucać moralność, a jednocześnie przemawiać w imię moralności, być zdania, że demokracja jest rzeczą niemożliwą i że partia jest stróżem demokracji, zapomnieć, co trzeba zapomnieć, przypomnieć sobie, w chwili kiedy okoliczności tego wymagają, a potem szybko znowu zapomnieć, ale nade wszystko stosować ten sam proces do samego procesu. Na tym polegała ostateczna doskonałość: świadomie spowodować nieświadomość, a potem, raz jeszcze, stać się nieświadomym dokonanego przed chwilą zabiegu hipnotycznego. Nawet zrozumienie słowa «podwójne myślenie» wymagało zastosowania podwójnego myślenia”.

To podwójne myślenie nie ma, rzecz prosta, nic wspólnego z udawaniem, z fałszem, z obłudą. Państwu totalnemu nie wystarczą pozory wiary, państwo totalne wymaga wiary prawdziwej. Winston Smith, poddany diabelskiej inkwizycji, nie tylko podpisuje wszystko, czego od niego żądają, ale wzbudza w sobie miłość do Wielkiego Brata. Jedno z pism angielskich przez kilka lat prowadziło głupią i kłamliwą kampanię przeciwko naszym najistotniejszym interesom, przy czym sympatia dla rządu warszawskiego w tym torysowsko-liberalno-labourzystowskim organie pomieszana była z odchyleniem trockistowskim na lewo, z odchyleniem kotowskim na prawo i z preuskerowską nienawiścią do Polski pośrodku. Dzisiaj zamieszcza ono – bez żadnego przejścia – entuzjastyczną recenzję z książki gen. Andersa.

Recenzja ta tylko pozornie stanowi objaw kajania się: w gruncie rzeczy jest typowym objawem double-think’u. Jeśliby jutro doszło do zgody ze Stalinem, Anders zostanie zapomniany, a Bierut przypomniany. W latach wojny najgorliwszą rzeczniczką porozumienia z Rosją kosztem Polski była skrajnie prawicowa prasa lorda Beaverbrooka. Karykaturzysta tej prasy, Low, nie potrzebował gwałcić swoich skrajnie lewicowych przekonań, kiedy ołówkiem i piórem przyczyniał się do wpajania w szerokie masy angielskie przekonania o tępym uporze londyńskich reakcjonistów polskich. Tak np. 14 grudnia 1943 w „Evening Standard” ukazał się rysunek takiej treści: Stalin siedzi na ławce w uścisku z Czechosłowacją; trzecie wolne miejsce jest niezajęte; obok stoi drożąca się Polska. Podpis: „Miło we dwoje, ale jeszcze przyjemniej we troje”. Sens i wymowa tego rysunku była jasna: zachęta dla Polski, by dołączyła się do podpisanego właśnie przymierza sowiecko-czeskiego.

Ten sam rysunek znalazł się obecnie w zbiorowym wydaniu karykatur Lowa (Years of Wrath, Londyn 1949). Rysunek zaopatrzono w następujący komentarz: „Pierwszym posunięciem Rosji sowieckiej w dążeniu do zabezpieczenia sobie prosowieckich rządów w małych państwach na jej zachodniej granicy było podpisanie z Czechosłowacją traktatu ścisłej wzajemnej pomocy, współpracy i wzajemnego niewtrącania się do swych spraw wewnętrznych. Umowa zawierała aluzję do zaproszenia Polski, ale polski rząd na wygnaniu w Londynie nie chciał podpisać umowy wyłączającej innych (exclusive engagement), której życzyła sobie Rosja”.
Rysunek pozostał, rzecz prosta, niezmieniony, ale w świetle dodanego komentarza znaczy on już coś innego niż w chwili, kiedy się pojawił: komentarz stępia jego ostrze antypolskie. Podobną ewolucję przejdzie z kolei komentarz przy zmianie koniunktury politycznej: w pewnej chwili automatycznie przestanie osłabiać rysunek, a zacznie go uwydatniać.

Double-think jest zjawiskiem coraz powszechniejszym: nie potrzebujemy dodawać, że będziemy wolni od double-think’u w ukazywaniu tej ekspansji.

                                                                                     1949 (170)

Esej Mieczysława Grydzewskiego z wydanej nakładem Wydawnictwa Iskry książki „Silva rerum”.

2015-01-09