Jan Walc ‒ w okopach kultury niezależnej

Warunki do knucia miał podobno wymarzone. Nie za wysoki (169 cm), brodaty, ruchliwy, bez stałego zatrudnienia, w ogóle trudny do wypatrzenia. Pomaga mu znakomite usytuowanie terenu ‒ doceniał walory jego mieszkania ktoś z labiryntu służb specjalnych PRL. Jednorodzinna willa w Podkowie Leśnej, wokół las i zarośla, można chodzić bocznymi drogami. Z działki kilka wyjść, m.in. przejście na posesję sąsiada, który zdaniem Służby Bezpieczeństwa prowadził prywatną hodowlę koni, choć w rzeczywistości trzymał tylko jednego rumaka. Ruch w rejonie jest minimalny, willa położna na uboczu, ale jednocześnie tylko półtora kilometra od stacji kolejki podmiejskiej, co ułatwia połączenie z Warszawą. Za furtką posesji groźnie wyglądający pies, który ogranicza SB pole manewru (w 1981 r. podobno widziano tam dwa psy ‒ wilki). Jakby tego było mało, Walc posiadał jeszcze czerwony motocykl Panonia z koszem ‒ notowali funkcjonariusze.


 
Jan Walc z ojcem, Janem Stanisławem Walcem, na dębie w Podkowie Leśnej, 1952. Fot. www.janwalc.pl


Urodził się w 1948 r. w Warszawie. „Ja, ateusz z rodziny kalwińskiej” ‒ mówił o sobie. Wychowany w lewicowym i romantycznym etosie, na swojego młodzieńczego bohatera obrał Władysława Broniewskiego ‒ rewolucyjnego poetę. „W domu rodzinnym zamiast Matki Boskiej z Jezuskiem wisieli na ścianie Marszałek z Andrzejem Strugiem” ‒ pisał pod koniec lat siedemdziesiątych o swoim dojrzewaniu. Wnętrze domu zdobiły też portrety masonów, jako że w mieszkaniu przechowywano część archiwum loży wolnomularskiej. W czasie wojny zakonspirował je tutaj Stanisław Stempowski ‒ dodaje Joanna Walc.

Przechytrzyć SB

Studiował pedagogikę, następnie filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie po raz pierwszy ujawnił szerszemu gronu swoje nonkonformistyczne skłonności. 30 stycznia 1968 r. po zdjęciu przez władzę „Dziadów” z afisza Teatru Narodowego wziął udział w ostatnim spektaklu oraz w demonstracji przed pomnikiem Mickiewicza. W Marcu ’68 należał do radykałów, zwolenników zdecydowanej postawy wobec władz. Zabierał głos na zebraniach studenckich, kolportował ulotki, opowiadał się za rozszerzaniem akcji protestacyjnej i organizowaniem manifestacji ulicznych. 23 marca 1968 r. został dokooptowany do uczelnianego Komitetu Studenckiego.

 
Jan Walc z matką i córką w Podkowie Leśnej, 1973. Fot. www.janwalc.pl


Zatrzymany 28 marca, kilka miesięcy spędził w areszcie śledczym Warszawa-Mokotów (ostatecznie prokuratura umorzyła śledztwo przeciw niemu). Na wolności zostawił żonę z małym dzieckiem. W jego sprawie interweniowała u ministra Mieczysława Moczara Janina Broniewska, żona poety, prominenta postać Związku Literatów Polskich. Kilka dni później Walc wyszedł z aresztu ‒ zapamiętała rodzina. W więzieniu ‒ w zamian za uwolnienie ‒ podpisał zobowiązanie do współpracy z SB, którą jednak zakończył po dwóch miesiącach ‒ jak wynika z akt policji. Znalazł się w trudnej sytuacji, ale potrafił z niej wybrnąć obronną ręką. Na nikogo nie doniósł. Tuż po wkroczeniu wojsk polskich do Czechosłowacji rozwiązał na piśmie swoją umowę z SB. „Całe moje dorosłe życie jest z Marca, zarówno podmiotowo, jak i przedmiotowo. Marzec ukształtował moją świadomość i Marzec spowodował, że nigdzie nie chciano mi dać pracy” – deklarował w 1978 r. na łamach drugoobiegowej „Krytyki”.

Na wojnie z milicją

Od 1969 r. Służba Bezpieczeństwa prowadziła przeciwko Walcowi dochodzenie o kryptonimie „Faust” (ten sam pseudonim Walc przyjął w 1968 r., gdy podpisywał ‒ chwilowe, jak się okazało ‒ zobowiązanie do współpracy). Starała się uniemożliwić mu karierę zawodową. Nie przyjęto go na studium doktoranckie, mimo że dobrze wypadł na egzaminie. Doktorat na temat twórczości Tadeusza Konwickiego obronił z wolnej stopy. Cenzura zablokowała jednak jego druk. Nie pozwolono pracować jego żonie. W tym samym czasie po konflikcie z redakcją jego nazwisko zniknęło z oficjalnej „Polityki”, o co zresztą zabiegała też SB. W urzędzie pracy Walc bezskutecznie walczył o zatrudnienie, a następnie o zasiłek dla bezrobotnych. Wysyłał zażalenia, odwoływał się i awanturował z powodu przeróżnych przykrości, jakich doznawał. Jego zatargi z państwową biurokracją były czymś więcej niż tylko złością na władzę lub ‒ momentami komicznymi ‒ potyczkami na słowa. Stanowiły modelowy przykład taktyki środowiska korowskiego, a nawet całej opozycji demokratycznej w Europie Wschodniej, która w egzekwowaniu prawa widziała ważny powód swojego istnienia.

Skazany na literacką banicję przez politykę, zarabiał dorywczo jako podpowiadacz w telewizyjnym teleturnieju „Licytacja”, korepetytor z polskiego i historii, kolporter samizdatowych utworów poetów Nowej Fali, a gdy powstał drugi obieg, także jako drukarz NOW-ej. Relację z pracy w konspiracyjnej drukarni zdał w formie błyskotliwego reportażu ‒ „My, wolna wałkowa” ‒ najgłośniejszego tekstu, jaki ukazał się na ten temat w prasie niezależnej. „Dzięki temu tekstowi praca niezależnej oficyny w PRL przestała być dla mnie abstrakcją, pojawiły się żywe obrazy i postaci, a wraz z tym chęć włączenia się do pracy czy choćby udzielenia jakieś pomocy” ‒ pisała cztery lata później anonimowa redaktorka drugiego obiegu na łamach podziemnego pisma „KOS”.

 

 
Jan Walc w drukarni, 1979. Fot. Zenon Pałka/ www.janwalc.pl


Coraz bardziej skonfliktowany z peerelowską rzeczywistością, bez reszty zaangażował się w opozycję. W 1978 r., po kilku miesiącach obecności w prasie niezależnej, ostentacyjnie porzucił swój drugoobiegowy pseudonimem. Ukrywanie nazwiska przez autorów drugiego obiegu uznał za szkodliwe moralnie, czym naraził się w swoim środowisku na zarzuty o nadmierny radykalizm (ale inni, np. Urszula Doroszewska, poszli za jego przykładem). W 1978 r. prowadził wykład na temat współczesnej literatury polskiej dla wrocławskich studentów w ramach Uniwersytetu Latającego. Na niezależne wykłady udostępniał również własne mieszkanie. Przychodził do salonu Anny i Tadeusza Walendowskich, 7 lutego 1978 r. miał u nich swój wieczór autorski. Współorganizował wieczory literackie zakazanych poetów ‒ Stanisława Barańczaka i Adama Zagajewskiego, usilnie walcząc o prawo bytu dla twórczości nieuwikłanej we współpracę z reżimem.

Jako współpracownik Biura Interwencyjnego Komitetu Samoobrony Społecznej „KOR” dokumentował przypadki łamania praworządności przez organa PRL, należał do współautorów Kroniki bezprawia (NOWA 1978), następnie tak zwanego Raportu Madryckiego przygotowanego w 1980 r. przez Komisję Helsińską KSS KOR. Wyczulony na sprawy społeczne, twardo stawał po stronie ofiar samowoli władz. Opisał proces prokuratora Witolda Rozwensa, który podczas polowania zastrzelił przypadkowo trzyletniego wiejskiego chłopca. Walc nie zostawił na prokuratorze suchej nitki. Porównał np. Rozwensa do okrutnego dziedzica z drugiej części „Dziadów”, który jako widmo pokutuje w zaświatach („Nie znałeś Panie litości...”). Zadziorny, ironiczny, oskarżycielski ton jego relacji ze sprawy Rozwensa wzbudził wątpliwości nawet w szeregach opozycji.

Za mitygowaniem Walca stały zapewne obawy części środowiska korowskiego, że zapalczywa publicystyka przypomina peerelowską propagandę, gdy tymczasem zadaniem KOR jest informowanie. Taka argumentacja ‒ głos umiarkowanych ‒ nie pasowała jednak do jego temperamentu. „Janek to był urodzony fighter” ‒ wspomina Andrzej Paczkowski. Z pasją terenowego reportera dalej tropił sadystyczne skłonności lokalnej milicji, np. sierżanta Michalskiego, który na posterunku w Radzyniu Podlaskim kopnął kobietę, gdy ta chciała przekazać śniadanie dla zatrzymanego syna, i poważnie ją poturbował. Wszystko to było podejmowaniem najbardziej drażliwych tematów, przekraczaniem kolejnych barier w publicystyce opozycyjnej i narażaniem się na osobiste niebezpieczeństwo ze strony aparatu bezpieczeństwa.

 

 
Legitymacja, 1979. Fot. www.janwalc.pl


Walc realizował w ten sposób bodajże najtrudniejszą misję KOR, w gruncie rzeczy stare marzenie polskich ruchów wyzwoleńczych, by „z polską szlachtą poszedł polski lud”. Bohaterami jego reportaży stawali się przedstawiciele Polski prowincjonalnej, anonimowi, izolowani, o niskim statusie społecznym i materialnym. Wydawali się zupełnie bezradni wobec przemocy lokalnej władzy. Pozbawieni silniejszej więzi grupowej, która łączyła warstwy wykształcone, byli skazani przez los na milczenie i ciągły strach. KOR jako pierwszy docierał do tych robotników i chłopów, czasami wyciągał ich z tarapatów, dawał znać, że nie są osamotnieni. Choć oczywiście interwencje Walca i jemu podobnych, nieraz torpedowane przez aparat władzy, pozostawały tylko kroplą w morzu.

Musiał być nie tylko śmiały, ale także silny psychicznie. W artykule Akt oskarżenia nagłośnił sprawę milicjanta Zdzisława Pająka i jego kolegów z komisariatu Łódź-Bałuty, w którym dochodziło do tajemniczych zgonów podczas przesłuchań. „Tekst ten napisałem w swoim imieniu. Kolegium redakcyjne „Biuletyn Informacyjnego”, wbrew mojej woli, usunęło moje nazwisko, wyrażając w głosowaniu przekonanie, że sierżant Pająk mógłby mnie zabić po jego opublikowaniu” ‒ ujawnił po latach kulisy tej publikacji. Potrafił jednak również ‒ wraz z Adamem Michnikiem i Zbigniewem Romaszewskim ‒ obronić przed linczem funkcjonariuszy milicji oblężonych w komisariacie w Otwocku przez wzburzony tłum (1981).

„Jakoś organicznie nie umiem być z większością”

Ruch Solidarność obserwował z pozycji publicysty i weterana opozycji przedsierpniowej. Publikował w „Tygodniku „Solidarność” i „Niezależności” ‒ piśmie Regionu NSZZ „Solidarność” Mazowsze. Występował na spotkaniach studentów z redakcją NOW-ej, a także wygłaszał odczyty, między innymi w rocznicę Marca ’68 na Uniwersytecie Warszawskim i politechnice (1981). Jego publicystka nadal wzbudzała kontrowersje. Artykuł „O swoją milicję” został odrzucony przez umiarkowany i podlegający cenzurze „Tygodnik Solidarność”. Walc wykorzystał w nim przypadek pobicia pijanego mężczyzny przez posterunkowych w Kuźnicy Białostockiej do przypuszczenia frontalnego ataku na aparat bezpieczeństwa PRL. Wydrukowała go dopiero związana z KOR „Niezależność”.

Na Solidarność spoglądał z „bolesną radością”. Pisał o niej ‒ „nasz związek”. Nie uniknął jednak rozczarowań. Upublicznił je kilka lat później w rozliczeniowym „Liście do Włodzimierza Marta” (pseudonim Jana Kofmana, redaktora naczelnego niezależnej „Krytyki”). Szczególnie mocno przeżywał to, że nowi liderzy robotniczy podejrzewali ludzi KSS KOR o nadmierny radykalizm i ambicje polityczne. Ripostował w swoim stylu ‒ bez pardonu. „Dostawali dobrze płatne posady w regionach, służbowe samochody i sekretarki, przy czym, dla pikanterii, nasze kariery związkowe były hamowane przez to właśnie, co powinno je przyśpieszać, czyli przez wcześniejsze zasługi”. Pisał o korowskim piętnie, zakulisowych rozgrywkach, o frakcji „prawdziwych Polaków”, która w Solidarności stanowiła centrum antykorowskiej polityki. Wspominał o niechęci ze strony doradców Solidarności, tzw. ekspertów ‒ „byłem publicystą, którym „eksperci” zwykli straszyć niegrzeczne dzieci”. Zaatakował mit jedności Solidarności. I znów wywołał burzę.

Po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany w Białołęce, następnie w Jaworzu. Nie zaprzestał pisania. Podczas przepustki rękopisy wyciągał z obandażowanej nogi u mnie w domu ‒ wspomina historyk literatury Alina Brodzka, promotorka jego doktoratu. Wiosną 1982 r. został wypuszczony warunkowo na wolność. Nękany i inwigilowany przez SB, ostrożnie zaangażował się w działalność podziemną. W 1983 r. wrócił do kierownictwa NOW-ej, a w 1984 r. znalazł się w redakcji „Kultury Niezależnej”, w której znów pod pseudonimem opublikował kilka ważnych ocen sytuacji w kraju, a także recenzji. W eseju „Czy kultura może wybić się na niezależność?” dystansował się od uproszczonego antykomunizmu czytelników „bibuły” i bezrozumnych egzaltacji wszystkim, co ukazuje się w drugim obiegu. Namawiał ‒ to charakterystyczne dla całej jego twórczości ‒ do przekory i nieszablonowego myślenia. Tak rozumiał prawdziwą niezależność.

W lipcu 1985 r. po raz kolejny został pozbawiony pracy, tym razem w Instytucie Badań Literackich PAN. Przeciwko tej decyzji protestowało osiemdziesięciu pracowników instytutu i prasa drugoobiegowa. Z publicystyczną swadą odwoływał się również sam Walc. „Kiedy pierwszy raz w życiu, mając 19 lat, w marcu 1968, pisałem odwołanie od decyzji, [...] która dotyczyła osadzenia mnie w XII Pawilonie Mokotowa, powołałem się [...] i na to, że byłem dobrym studentem. Funkcjonariusz, który to zdanie przeczytał, zwrócił się do mnie ze śmiechem: >>innych tu nie trzymamy<<. Mam to wyjaśnienie w pamięci, kiedy zwracam się dziś do Pana” ‒ pisał w liście do sekretarza naukowego PAN Zdzisława Kaczmarka.

Aż wreszcie w połowie lat osiemdziesiątych przyszła odwilż. Nie wsadzano już do więzień. By zmniejszyć problem opozycji, rozwiązano worek z paszportami. W ten sposób zachęcano coraz bardziej zmęczonych konspiratorów do wyjazdu. Na tej fali Walc dostał paszport i w latach 1986–1988 przebywał na Zachodzie, wykładał i prowadził badania naukowe w Stanach Zjednoczonych, Republice Federalnej Niemiec i Szwecji. Służba Bezpieczeństwa zapewne z poczuciem ulgi zamknęła dochodzenie i odesłała jego kilkusetstronnicowe „dossier” do archiwum. Wydawało się, że władze wreszcie się go pozbędą, spotkał je jednak zawód. Walc nie wycofał się ze współpracy z wydawniczym podziemiem, pisał recenzje pozacenzuralnych publikacji, udzielał się w życiu kulturalnym opozycji aż do końca istnienia drugiego obiegu.

Samotność długodystansowca

W 1990 r. Komitet Kultury Niezależnej uhonorował go nagrodą imienia Andrzeja Kijowskiego za „twórczość pełną temperamentu, krańcowo niezależną od obiegowych opinii i pozbawioną jakiejkolwiek asekuracji”. Tej postawie Walc pozostał wierny. Jego ostatnie felietony, zebrane w pośmiertnym tomie „Ja tu tylko sprzątam”, prowadziły go coraz bardziej w kierunku smutnego przekonania o rozejściu się ideałów dawnej opozycji i realnej polityki. Przeżyło to wielu idealistycznie nastawionych ludzi z jego pokolenia. Walc nie mógł się z tym pogodzić. Krytycznie obserwował poczynania nowych elit politycznych, atakował je z pozycji korowskiej pryncypialności.

Wyczulony na punkcie moralności i sprawiedliwości społecznej, z nikim nie wahał się polemizować. „Był przeciw Balcerowiczowi. Przeciw Mazowieckiemu, przeciw Wałęsie. Przeciw klerykalizacji życia, za lustracją i dekomunizacją. [...] Jego szydercza publicystka łączyła wszystkie niemal, zadawałoby się, sprzeczne ze sobą lamenty” ‒ charakteryzował Piotr Bratkowski. Pisarstwo polityczne Walca ‒ „zawsze szokująco nieoficjalne” (Alina Brodzka) – układało się jednak w dążenie do budowy obozu solidarnościowej lewicy. I z pewnością można go uznać za jednego z ojców niekomunistycznej myśli lewicowej III Rzeczypospolitej.

 
Fot. Grzegorz Boguszewski / www.janwalc.pl


Wciąż miał do kogoś pretensje i siłą rzeczy inni mieli je do niego, ale błędem byłoby widzieć w tym długoletnim starciu ze światem tylko frustracje autora. „I przed rokiem 1989, i potem należał do swoiście pojętej opozycji. Był wybitnym przedstawicielem liberalnej inteligencji, której zadaniem jest patrzenie władzy na ręce. Wierzę, że władza zmieniałaby się, a Walc stałby zawsze po drugiej stronie” ‒ tłumaczyła Grażyna Borkowska na łamach „Kresów”. Nigdy nie uległ pesymizmowi w sprawach najbardziej generalnych. Demokratyczną Polskę uważał za swój kraj i był dumny z tego, że się przyczynił do jej narodzin. „Mam naprawdę nadzieje, że jakoś się to ułoży”, mówił ‒ jakby odkładając na bok swoje stałe troski ‒ w 1992 r., na rok przed śmiercią.

 

Paweł Sowiński

 


Paweł Sowiński (ur. 1974), historyk, uczeń profesora Marcina Kuli, autor „Zakazana książka. Uczestnicy drugiego obiegu 1977-1989” (2011). Pracuje w ISP PAN w Warszawie. Dłuższa wersja tego szkicu ukazała się w „Wolność i Solidarność” nr 4, 2012 oraz na stronie www.janwalc.pl.

2013-09-30