45 lat temu: polskie wojsko wraz z innymi armiami Układu Warszawskiego wkracza do Czechosłowacji

Z dr. Łukaszem Kamińskim, prezesem Instytutu Pamięci Narodowej, znawcą najnowszych dziejów Czech i Słowacji, rozmawia Tomasz Wiścicki


Łukasz Kamiński, prezes Instytutu Pamięci Narodowej (Fot. IPN)

 

Mówi się, że Władysław Gomułka był zwolennikiem interwencji w Czechosłowacji. Czy to prawda?

Władysław Gomułka należał do zwolenników siłowego rozwiązania sytuacji w Czechosłowacji. Co więcej – to on pierwszy zaczął głosić ten pogląd. Wbrew powszechnemu przekonaniu, Leonid Breżniew do ostatniej chwili starał się uniknąć interwencji zbrojnej, natomiast podczas spotkań przywódców państw Układu Warszawskiego Gomułka konsekwentnie wskazywał na zagrożenia płynące z kontrrewolucji, jak to określał, w Czechosłowacji i apelował o radykalne rozwiązanie. Wszyscy znamy pojęcie „doktryny Breżniewa”, tymczasem powinniśmy raczej mówić o „doktrynie Gomułki-Breżniewa” albo wręcz o „doktrynie Gomułki”, gdyż to właśnie Gomułka, a nie Breżniew jako pierwszy powiedział, że jeżeli w jakimś kraju socjalistycznym ustrój jest zagrożony, to inne kraje mają prawo do interwencji. Uczynił to już w marcu 1968 roku podczas narady w Dreźnie. Nie miała ona być protokołowana, ale towarzysze niemieccy ją nagrali i dzięki temu znamy jej przebieg.

To była narada Układu Warszawskiego?

Tak, to była pierwsza taka narada w sprawie Czechosłowacji – bardzo wczesna, zanim zaczęły się tam jakiekolwiek poważne reformy. Tę błyskawiczną reakcję można tłumaczyć wcześniejszymi kłopotami Układu Warszawskiego z Rumunią. Na Ceauşescu patrzymy przez pryzmat jego szaleństw lat osiemdziesiątych, ale to on najpierw był pierwszym reformatorem bloku wschodniego, a potem otwarcie sprzeciwiał się interwencji w Czechosłowacji.

Nie ulega więc wątpliwości, że Gomułka był radykalnym zwolennikiem interwencji. Co więcej, zachował się zapis z posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR w lipcu 1968, kiedy Breżniew po raz kolejny dał Dubčekowi szansę na zmianę sytuacji poprzez wycofanie się z reform. Gomułka mówił wtedy wręcz, że PRL może interweniować własnymi siłami. Oczywiście to było nierealne, PRL nie mogła sama przeprowadzić interwencji, ale to pokazuje skalę irytacji Gomułki na to, że znowu daje się Dubčekowi szansę.

Czy proces decyzyjny w sprawie interwencji wykraczał poza krąg przywódców sowieckich?

Sytuacja w Czechosłowacji była wielokrotnie omawiana w kręgu tak zwanej piątki, czyli tych państw, które później uczestniczyły w interwencji: Związku Sowieckiego, PRL, NRD, Węgier i Bułgarii. Ostatecznie zresztą armia NRD nie przekroczyła granicy, udzieliła tylko wsparcia logistycznego.

Obawiano się skojarzeń...

Na te obrady Rumunia nie była zapraszana, mimo że była członkiem Układu Warszawskiego. Podczas tych obrad rysowały się różnice poglądów. W odróżnieniu od Gomułki, najbardziej sceptyczny w zastosowaniu rozwiązań siłowych był János Kádár, który miał doświadczenia roku 1956. Z jednej strony, oczywiście dzięki sowieckiej interwencji zdobył władzę, ale z drugiej strony wiedział, jakie są koszty tego typu działań.

Ostateczna decyzja zapadła na posiedzeniu Biura Politycznego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego 17 sierpnia 1968 roku. Tej decyzji już nie konsultowano – przekazano ją do wykonania pozostałym państwom.

Jaka była oprawa propagandowa bratniej pomocy krajów socjalistycznych dla ludu pracującego Czechosłowacji?

Propaganda miała dwie warstwy: jawną, którą prezentowano w mediach, i drugą, na przykład podczas zebrań partyjnych, która się częściowo od tej pierwszej różniła. Odbyło się kilka fal takich zebrań poświęconych sytuacji w Czechosłowacji, w tym dwie już po interwencji: pierwsza tuż po, druga we wrześniu.

W wersji oficjalnej najbardziej wyraźne były dwa wątki. Pierwszy był ideologiczny: zagrożenie systemu, zdobyczy ustroju socjalistycznego, dojście do głosu sił kontrrewolucyjnych. Równie silnie eksponowano rzekomą rolę, jaką w zmianach w Czechosłowacji miała odgrywać Republika Federalna Niemiec. Odwoływano się do obaw narodowych. Niedwuznacznie eksponowano analogie z rokiem 1939: jeśli Czechosłowacja wpadnie w sidła Republiki Federalnej Niemiec, Polska będzie następnym celem. Dyskretnie przy tym sugerowano, że NRD nie jest całkiem pewna i znowu Niemcy Polskę otoczą z kilku stron. Te wątki uszczegóławiano, na przykład zajmowano się postawą studentów albo działalnością „grup antysocjalistycznych”, takich jak Klub Zaangażowanych Bezpartyjnych.

W warstwie eksploatowanej bardziej dyskretnie dochodził jeszcze punkt trzeci, nawiązujący do kampanii antysemickiej z marca 1968 roku. Sugerowano, że wielu czołowych działaczy Praskiej Wiosny ma pochodzenie żydowskie, a więc inspiratorami tych zmian są syjoniści. Odwoływano się też bardziej otwarcie do stereotypów, zwłaszcza stereotypu Czecha. Wskazywano na to, że w czasie drugiej wojny światowej Polska poniosła wielkie ofiary, a Czesi znacznie mniejsze i teraz właśnie oni bratają się z Niemcami z Republiki Federalnej.

W jaki sposób uzasadniano rzekomy związek odwetowców zachodnioniemieckich z Dubčekiem?

Nie wnikano w to – po prostu podawano do wierzenia. Czasem wskazywano na przykład na to, że członkowie ziomkostwa sudeckiego korzystając z Praskiej Wiosny zaczęli intensywnie odwiedzać Czechosłowację.

Jednak warstwą dowodową specjalnie się nie zajmowano. Zaczęto ją zresztą tworzyć już po samej interwencji, kiedy propaganda znalazła się w dużym kłopocie. 21 sierpnia powiedziano, że grupa towarzyszy czechosłowackich w obawie o przyszłość systemu poprosiła o interwencję. Ale ci sami towarzysze błagali, żeby nie podawać ich nazwisk do wiadomości publicznej, bo opór Czechów i Słowaków był tak silny, i rzeczywiście tego nie zrobiono. Trzeba więc było nagle jakoś dodatkowo uzasadnić interwencję i wtedy zaczęto informować o rzekomych składach broni, które miały służyć kontrrewolucjonistom do rozprawy z komunistami.

Jaki był stosunek polskich żołnierzy do interwencji, w której wzięli udział?

Znamy pojedyncze przypadki protestu podczas poboru rezerwistów. Przygotowując się do interwencji trzeba było uzupełnić składy jednostek, powoływano więc także rezerwistów. Termin był zresztą przekładany, trzymano więc oddziały w polu przez kilka tygodni. Ci rezerwiści spodziewali się, do czego mogą być użyci.

Z materiałów związanych z kontrolą korespondencji żołnierzy wiemy, że wielu z nich było sceptycznych. Nie było natomiast przypadków bezpośredniego oporu czy odmowy wykonania rozkazu. Całą operację przeprowadzono w warunkach de facto wojennych, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Żołnierze nie wiedzieli, co się dzieje tam, dokąd jadą. Karmiono ich oczywiście zwiększoną dawką propagandy, mówiono, że pojawili się niemieccy dywersanci. W samym momencie inwazji wszystko odbyło się bardzo sprawnie. Później natomiast wszyscy żołnierze – nie tylko polscy – byli wystawieni na ogromną presję ze strony ludności. Czesi – polskie wojska zajmowały część czeską państwa czechosłowackiego – przygotowali ulotki dla żołnierzy, próbowali z nimi rozmawiać, tłumaczyć im, że nie ma żadnej kontrrewolucji, że oni są za socjalizmem, tylko z ludzką twarzą. Dlatego wątpliwości żołnierzy od pewnego czasu rosły. Wiadomo, że próbowali na przykład informować swoje rodziny – piszą na ten temat w listach.

Co wiadomo o represjach wobec tych, którzy się sprzeciwili?

W przypadku żołnierzy biorących udział w interwencji i kontestujących jej sens w listach ograniczano się do rozmów „profilaktyczno-ostrzegawczych”.

A jak wojsko zachowywało się wobec Czechów?

Generalnie można ocenić, że postawa była poprawna, nie była szczególnie wroga, mimo wrogiego przyjęcia. Na wizerunku Polaków zaciążył natomiast wypadek z Jiczyna. 7 września polski żołnierz zastrzelił tam dwie osoby, siedem ciężko ranił. Odbyły się bardzo duże uroczystości pogrzebowe, sprawa stała się bardzo głośna. Ten jedyny znany przypadek zabicia obywateli czechosłowackich przez polskiego żołnierza zdominował cały wizerunek Polaków. Nawet do dziś, zwłaszcza w tym regionie, otacza ich zła pamięć.

Na jakim tle doszło do tego incydentu?

Żołnierz był mocno pijany. Z nieznanych przyczyn zaczął strzelać do ludzi zgromadzonych przed kinem. Potraktowano tę sprawę poważnie. Powstał zresztą spór, gdzie ma być sądzony. Czechosłowacja chciała go osądzić sama, ale wywieziono go do Polski. Sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego skazał go na karę śmierci, ale jej nie wykonano. Potem zmieniono wyrok na łagodniejszy i po pewnym czasie zwolniono.

Jaka była podatność społeczeństwa polskiego na propagandę? Czy mamy się z tego powodu czego wstydzić?

Powodów, żeby wstydzić się z powodu postawy społeczeństwa polskiego, nie ma. Argumenty odwołujące się do stereotypowego obrazu Czecha i resentymentów antyniemieckich odnosiły początkowo pewien skutek – niektórzy uwierzyli, że w tej Czechosłowacji rzeczywiście dzieje się coś niejasnego.

To się bardzo zmieniło po interwencji. Reakcja znacznej części społeczeństwa polskiego była jednoznaczna. Interwencję odbierano jako hańbę, wstyd, skalanie polskiego munduru. Najczęściej odwoływano się do hasła, że do tej pory walczyliśmy za waszą i naszą wolność, a teraz za waszą i naszą niewolę. Tego, jak źle odebrano udział polskiego wojska w interwencji, dowodzą stosunkowo liczne akty protestu: były setki przypadków przygotowania ulotek, napisów na murach. Co więcej – nawet na forum partyjnym, na zebraniach zwołanych 21 sierpnia, żeby uzasadnić interwencję wobec członków partii – protestowano, zadawano pytania podważające oficjalne uzasadnienie interwencji. W zbadanych przeze mnie protokołach zebrań podstawowych organizacji partyjnych PZPR z Dolnego Śląska w prawie co trzecim przypadku odnotowano słowa, które można odebrać jako protest przeciwko interwencji.

Polacy solidaryzowali się z Czechami i Słowakami, a nie z interwentami. A najmocniejszym akcentem było oczywiście samospalenie Ryszarda Siwca na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie.

Tyle że w tym przypadku akurat propaganda okazała się skuteczna i w tamtym czasie nikt się o tym nie dowiedział. Gdyby nie sławny film dokumentalny Macieja Drygasa „Usłyszcie mój krzyk”, być może do dziś byśmy się o tym nie dowiedzieli.

Ale gdyby jego koledzy zrobili to, co on planował, i wysłali jego przesłanie do Wolnej Europy i gdyby we wrześniu 1968 roku zabrzmiał głos człowieka, który w proteście przeciw interwencji dokonał samospalenia, wzywając Polaków, żeby się na to nie godzili...

A nie wysłali?

Przestraszyli się, zakopali. Nie wiedzieli zresztą, co on właściwie chce zrobić.

Jaki wpływ miała interwencja w Czechosłowacji na sytuację w Polsce?

Ten wpływ był wieloraki, długotrwały, na różnych poziomach.

W perspektywie krótkoterminowej nastąpiło pogłębienie stanu beznadziei po Marcu 1968. Upadła nadzieja związana z reformami w Czechosłowacji, które pokazywały, że można ten system zmienić w sposób pokojowy, jakoś go uczłowieczyć.

Interwencja wpłynęła także niewątpliwie na nastroje ludzi związanych z Marcem. Dla nich był to dodatkowym ciosem, niezależnie od tego, czy siedzieli w więzieniu, czy nie. Poczucie wstydu związanego z hańbieniem polskiego munduru spowodowało moim zdaniem tak bliskie kontakty między opozycją polską i czechosłowacką, a de facto czeską w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Właśnie dlatego tak bardzo się interesowano tym, co się dzieje w Czechosłowacji.

Doświadczenie 1968 roku miało też wpływ na sytuację w latach 1980-1981. Ta najświeższa pamięć wzmocniła pamięć Węgier z roku 1956. Jeśli szukamy źródeł tego, co Jacek Kuroń  nazwał samoograniczającą się rewolucją, należy do nich pamięć o interwencji w Czechosłowacji. Wiedziano, że nie można przekroczyć pewnego progu, bo grozi nam to samo, co się tam wydarzyło.

Z drugiej strony, skutki interwencji wpłynęły też na myślenie chociażby Leonida Breżniewa i wszystkich przywódców Układu Warszawskiego. To, że – jak dzisiaj wiemy z dokumentów – Związek Sowiecki nie przewidywał interwencji w Polsce, wynikało właśnie z doświadczenia interwencji w Czechosłowacji. Owszem, była ona sukcesem militarnym, bo opanowano cały kraj przy stratach stu zabitych Czechów i Słowaków i podobnych po stronie wojsk. Z punktu widzenia Moskwy to nie były żadne straty. Natomiast straty polityczne w każdym wymiarze były gigantyczne, łącznie z tym, że okazało się, że nie ma kto w Czechosłowacji sformować rządu robotniczo-chłopskiego, musiano więc zwolnić Dubčeka z uwięzienia i z nim negocjować warunki jego tymczasowego powrotu do władzy, żeby zapanować nad sytuacją. To właśnie doświadczenie wpłynęło na to, że na Kremlu w zasadzie już jesienią 1980 roku uznano, że nie ma możliwości interwencji w Polsce.

2013-08-16
Podobne materiały, które mogą Cię zainteresować: