Glosa do powstania styczniowego w Inflantach. Ludwiki Platerówny „Dramat bez nazwy”

Dramat bez nazwy Ludwiki Platerówny to oryginalny pamiętnik udrapowany na dramat w celu wyrażenia nie dających się zapomnieć tragicznych emocji, realistyczny zapis wydarzeń, jakie rozegrały się na rodzinnej prowincji autorki wiosną 1863, wkroczyły do jej domu, wywlokły zeń brata, a potem rodzinę okryły ciężką żałobą. Co się wydarzyło wtedy naprawdę? Któż lepiej opowie o tym od naocznych świadków. Oddajmy więc głos pamiętnikarzom.


Pełny tekst artykułu w wersji z przypisami


 

Pierwodrukowi Dramatu bez nazwy, który ukazał się w roku 1875 jako wyróżniony II nagrodą w konkursie „Przeglądu Polskiego”, towarzyszył syndrom braku. Opublikowany utwór w zasadzie nie miał tytułu, z uwagi na treści polityczne nie mógł zostać wystawiony na scenie, a w dodatku był anonimowy. Kształt Dramatu miał ponadto charakter żywiołowy, do wymogów sztuki scenicznej dostosowany swobodnie, bez twórczej dyscypliny. Nad dalszymi losami tekstu również zaważył niedostatek, najpierw dystansu, jaki był konieczny, aby móc właściwie odczytać jego sensy – dla jednych naruszające święte zasady buntu i ofiarności, dla innych oddające faktyczny stan rzeczy, później zaś – z uwagi na wybrzmienie akordów, skazany został na zapomnienie. Był to bowiem zamknięty w pięć aktów dramatyczny zapis wydarzeń, kiedy to zryw styczniowy sięgnął za Dźwinę, do Inflant Polskich i wciągnął w wir działań powstańczych młodych entuzjastów, którzy uwikławszy się nie tylko w beznadziejną i samotną walkę, ale sprowokowani przez wrogie siły, ponieśli największe ofiary. 

Prototypem głównego bohatera dramatu, wokół którego koncentruje się akcja, był młody Leon Plater, potomek zacnego magnackiego rodu inflanckiego, a autorką jego starsza o piętnaście lat siostra, Ludwika. W oryginalnym pamiętniku udrapowanym na dramat, bo taka forma była najwyraźniej dla autorki funkcjonalna, by wyrazić nie dające się zapomnieć tragiczne emocje, dokonała Platerówna realistycznego zapisu wydarzeń, jakie rozegrały się na jej rodzinnej prowincji wiosną 1863, wkroczyły do jej domu, wywlokły zeń brata, a potem rodzinę okryły ciężką żałobą. 

Utwór jest literackim dagerotypem tych smutnych epizodów obejmujących czas nie dłuższy niż półtora miesiąca. Już Stanisław Koźmian, ówczesny dyrektor teatru krakowskiego, zauważył, że „ludzie są tu odfotografowani, a ich słowa stenografowane”. Sprawdzenie ścisłości faktografii ułatwiają ocalałe akta sprawy, ustalenia historyków oraz mikrohistorie, pamiętniki dotyczące podjętych wydarzeń – a zwłaszcza reminiscencje naocznych świadków . Ich zawartość uzgodniona ze źródłami historycznymi stanowi bogaty kontekst oraz zdradza, że Platerówna potraktowała formę gatunkową jako oryginalny kształt dla własnych wspomnień. Wszystkim postaciom dramatu odpowiadają rzeczywiści, ówcześnie żyjący i uczestniczący w przywołanych wydarzeniach ludzie, mają oni jedynie zmienione imiona; podobnie z przestrzenią sceniczną – ma charakter uogólniony i zminiaturyzowany, ale nie ulega wątpliwości, że terenem akcji jest naddźwińska siedziba Platerów, miasteczko Krasław oraz później, Dyneburg, miejsce kaźni głównego bohatera. 

Co się zatem wydarzyło wtedy naprawdę? Któż lepiej opowie o tym od naocznych świadków. Oddajmy więc głos pamiętnikarzom. 

W sobotę dnia 13/25 kwietnia – inicjuje wspomnienia z ciężkich chwil Kazimierz Bujnicki, sporządzający zapiski stosunkowo w niedługim po zdarzeniach czasie – wysłany z fortecy dyneburskiej transport broni ognistej napadnięty został na drodze pocztowej między miasteczkami Krasławiem i Drują przez garstkę inflanckich zbrojnych powstańców. Ci, po krótkiej walce, położywszy trupem słabą wojskową eskortę, zdobyli transport, cząstkę sztucerów zabrali z sobą, a resztę spalili. Zamach ten w skutku posłuszeństwa rozkazowi komitetu wykonany równie odważnie, jak nierozważnie, pociągnął za sobą najstraszliwsze klęski na część powiatu dyneburskiego i wnet Inflanty i cała Białoruś postawiona na stopie wojennej, uczuła skutki tego porwania się na przemożne siły rządowe. Miejscowa władza, uwiadomiona o napadzie na transport wojskowy, wezwała włościan do współdziałania przeciw powstańcom.  

Relacje Bujnickiego, ściśle związane z dramatem jego rodziny nota bene w dużej liczbie stanowiącej prototypy bohaterów Dramatu bez nazwy, są dookreślone reminiscencjami Eugeniusza Platera, aresztowanego wówczas wraz z bratem i osadzonego w dyneburskiej twierdzy. Wspomnienia Platera (scenicznego Jana) są tak drobiazgowe, tak urzekające świeżością emocji, aż trudno uwierzyć, że pisane były po prawie półwieczu. Stanowią one w zasadzie objętą „paktem autobiograficznym” pamiętnikarską wersję Dramatu bez nazwy – jego wersję rzeczową, bogatą w realia i wyzyskującą detale, jakich nie wygłuszyła pamięć starego memuarysty korzystającego zapewne z domowych silvae rerum. Przeczytamy tu więc o przygotowaniach do zrywu trwających już od jesieni roku poprzedniego, o ożywionej działalności przysłanego z Królestwa (lub Petersburga) emisariusza Józefa Ponseta, o sposobach werbowania do partii powstańczej młodych szlachciców, o wahaniach Leona, o godzinach poprzedzających akcję pod Krasławiem, szczegółach napadu i jego bezpośrednich skutkach. Dowiemy się także, kto był prawdziwym dowódcą tej, fatalnie zaplanowanej akcji i dlaczego cała wina spadła na Leona. Wspomnienia, gęste od faktów, są świadectwem autentycznych przeżyć i dramatu bezsilności najbliższej rodziny powstańca. 

Ich dopełnieniem są anonimowo opublikowane w „Przeglądzie Poznańskim” Listy z Inflant Polskich, pisane ręką Ludwiki (a może też i Eugeniusza) i adresowane do kuzynostwa Oktawii i Władysława Sołtanów. To swoista kronika powstańcza, w której zarejestrowane zostały tragiczne chwile rodów ziemiańskich niemal dzień po dniu. Martyrologia Inflant sięga tu zenitu, sugestywność relacji sprawia, że niemal widzimy, jak rozwścieczone tłumy podjudzanych chłopów polują na powstańców, a przy tym grabią, palą i mordują, siejąc grozę wśród ziemian i księży katolickich. Inne jeszcze szczegóły do okropnych dni powstania dorzucają wspomnienia osób postronnych Aleksandra Mohla, Stanisława Manteuffla, Jakuba Gieysztora. Wszystkie one przedstawiają Leona Platera jako ofiarę nieszczęsnego zrywu, pechowca, którego wywiedziono mniej lub bardziej świadomie w pole, co ułatwiło lekkomyślnym lub też perfidnym organizatorom jego usposobienie – marzycielskie i litościwe. 

Mimo epizodyczności i stosunkowo niewielkiego znaczenia dla dziejów powstania ogólnonarodowego o tym, co zdarzyło się w Inflantach piszą, choć zdawkowo, także historycy – polscy i łotewscy. Co do przyczyn tego ruchu, tak krwawo stłumionego, zdania są podzielone – według jednych akcja oddziału insurgentów pod Krasławiem była efektem zamierzonego przez Rząd Narodowy planu wciągnięcia do powstania Polaków zamieszkałych nawet na kresach Kresów i zademonstrowania jedności narodowej przeciw znienawidzonej Rosji. Dla innych była to ewidentna prowokacja ze strony samych Rosjan, by mieć pretekst do brutalnego usunięcia polskości z ziem Zadźwinia. Główny działacz – emisariusz powstańczy, Ponset miał, jak twierdzą ci ostatni, powołując się na materiał dowodowy, specjalne poruczenia w tej sprawie; zdumiewająco łagodne obejście się z nim komisji śledczej zdaje się to przypuszczenie potwierdzać. Podobnie jak całkowicie odmienne obejście się tejże komisji z Platerem, którego skazanie na śmierć było od początku śledztwa oczywistością. Młody arystokrata nadawał się do roli skazańca wprost idealnie: członek rodu z tradycjami patriotycznymi z poprzedniego powstania, właściciel dużego majątku, poza tym osobowość miękka i podatna na wpływy. To była idealna ofiara spektakularnej akcji Rosjan. Dlatego w Dramacie od początku wszystkim zwolennikom ruchawki zależy na wciągnięciu go do akcji. Potem, w zamęcie sytuacyjnym, tak nim pokierują, by nikt nie miał wątpliwości, iż on sam był i dowódcą, i wykonawcą.

Sądy na temat uczestnictwa Inflantczyków w powstaniu były od początku podzielone. Ogromna część obywateli, zwłaszcza starszego pokolenia, stała na stanowisku wstrzemięźliwości w podejmowaniu ruchów zbrojnych i choć solidaryzowała się duchowo i sekundowała Polakom z regionów bliższych Macierzy, raczej sympatyzowała ze stronnictwem Białych. Względny spokój na terenie Inflant Polskich okresu międzypowstaniowego, dość intensywny rozwój kultury regionu i prawie wiek z Rosjanami przygłuszyły potrzebę „szablą odbierania”. Toteż gdy na terenie Królestwa wybuchło powstanie, dla większości mieszkańców Zadźwinia było oczywiste, iż tutaj ruch narodowy nie tylko pozbawiony jest sensu, ale, jak to zgodnie podkreślają pamiętnikarze, byłby aktem dosłownie samobójczym. Do takiego wniosku skłaniało kilka czynników: uwarunkowania terytorialne i wyjątkowa dysproporcja sił, ale również świeżo rozwiązana kwestia uwłaszczeniowa, która w kosmicznym tempie pogłębiła przepaść pomiędzy dworem a wsią oraz intrygi Rosjan, podburzających włościan przeciw dawnym panom, zwłaszcza zaś judzenie prawosławnych raskolników. Najdrobniejszy ruch mógł okazać się zarzewiem wielkiego ognia, w którym miały spłonąć resztki niewygodnej polskości na tym, od tak dawna pożądanym przez Rosjan terytorium. Potrzebny był tylko pretekst.

Przenikliwi przestrzegali przed otwartym buntem, przewidując skutki i ostrzegając przed pochopnym akcesem – zakrzyczano ich i nazwano Targowiczanami. Rej i prym wodzić zaczął charyzmatyczny Ponset. Używając wielkich i wzniosłych słów, igrając ze skłonnymi do poddawania się emocjom młodymi ludźmi, przekonał do sprawy grupę zapaleńców i roztoczył przed nimi wizję powszechnej szczęśliwości w granicach przedrozbiorowej Rzeczpospolitej i uzyskanie wolności z pomocą Francji. Gdy nie wszystkich argumenty te przekonywały, uciekał się do przymusu – wciągał do spisku pod przysięgą, a potem pod groźbą kary śmierci zmuszał do wykonywania rozkazów.   

Wedle Koźmiana w utworze pokazany jest „dramat narodu”, który „nieubłagane fatum pcha, pchając wszystkich, którzy do niego należą, do strasznych, tragicznych katastrof”. Mimo że słowa konserwatysty są zbyt wielkim uogólnieniem służącym mu do egzemplifikacji stałych tez o niesłuszności powstania, prawdą jest, że Dramatowi bez nazwy zostały nadane cechy tragedii rozgrywającej się jednakowoż na płaszczyźnie kresowej rodziny ziemiańskiej uwikłanej mimowolnie w wir wielkiej historii. Akcja ogniskuje się wokół Juliusza (Leona Platera), którego fatalizm okoliczności oraz szczególne cechy charakteru popychają do zagłady. O kondycji Juliusza wypowiadają się przede wszystkim najbliżsi: matka, brat, siostra, zaś inni bohaterowie dramatu pełnią w stosunku do niego określone funkcje destrukcyjne: Jozefat (Józef Ponset) jest złym duchem, zjawia się w dwu momentach i dwukrotnie zwiastuje nieszczęście, Zdzisław (Zygmunt Bujnicki) dopełnia przeznaczenia, przymuszając Juliusza do udziału w akcji, a potem zostawiając go na pastwę losu. Fatalną rolę w życiu Leona odgrywa także Nina (prawdopodobnie Ludwika z Benisławskich), młoda wdowa, romansująca z Jozefatem; to ona inicjuje jego spotkanie z  Juliuszem, ona z niewiadomych przyczyn namawia kochanka, aby ten pozyskał młodego arystokratę dla sprawy. 

W świadomości narodowej Leon Plater ma status męczennika sprawy polskiej z roku 1863. Dla znanego w polityce II Rzeczpospolitej, dyneburczyka, Władysława Gizberta Studnickiego był uosobieniem bohatera narodowego, jego prywatnym „idolem”. Dramat bez nazwy pokazuje właśnie narodziny legendy, mitu młodego Platera, odłania prywatną historię jego bohaterstwa. W osobowości Juliusza zachodzą pewne procesy, które można by nazwać dojrzewaniem w krótkim czasie, zabieg to typowy dla literatury pokazującej młodych ludzi dorastających do zadań politycznych w sytuacji szczególnego mementu historycznego, z którym muszą i chcą się zmóc, w którym pragną się sprawdzić. 

Pierwsze sceny ukazują Juliusza jako bardzo młodego chłopaka (w rzeczywistości Leon Plater miał wówczas 27 lat), o charakterze kapryśnym, infantylnym. Jest on tak naiwny, roztrzepany i ruchliwy, iż wywołuje wrażenie zupełnej beztroski, lekkomyślności. Entuzjazm powstańczy jest u niego równy entuzjazmowi przygody. Powierzchowne wykształcenie, słaba orientacja w sytuacji politycznej i społecznej powodują, że Juliusz zupełnie nie zdaje sobie sprawy z faktycznego stanu, a sam, spoufalony ze służbą, bagatelizuje ostrzeżenia o możliwości włościańskiego buntu i nie przewiduje strasznych skutków. Na domiar ironii tragicznej nie potrafi Juliusz rozpoznać intencji aktywistów powstańczych. Nie dosłucha się w ich słowach, nie dopatrzy w gestach mistyfikacji i pułapki, w którą wpadnie. Stanie się ofiarą własnego optymizmu i prowokacji politycznej prowadzonej kosztem młodych ofiarników samobójców, którym wmówiono potęgę czynu, posługując się argumentacją najwyższych lotów, wyzyskaniem patriotyzmu powiązanego z katolicyzmem, tak silnym wśród spolszczonych rodzin inflanckich, szafowaniem wartościami najświętszymi. 

Godnym zauważenia jest fakt wzajemnych relacji pomiędzy Juliuszem a jego matką. Matczyna troska o Juliusza, rozpaczliwa i szukająca wszelkich sposobów, by zapobiec jego akcesowi do ruchu, świadczy z jednej strony o rodzicielskich przeczuciach, z drugiej o sile emocji i więzi, jakie łączą najmłodszego, chorowitego i delikatnego syna z matką. Potem, gdy dociera do niego argumentacja starszego brata, udzielają się lęki starszej siostry i porusza rozpacz matki, zaczynają mu się otwierać oczy i entuzjazm słabnie: Juliusz dostrzega chaos przygotowań powstańczych, brak planu i dowództwa. Na wycofanie się jest już za późno – Juliusz złożył przysięgę, na szaleę rzucił honor swojego rodu, swojego nazwiska.

I ten beniaminek, w którego wypowiedziach pobrzmiewały dotąd akordy brawury i fałszywa nuta cudzysłowia, w przeciągu kilku chwil przedzierzgnie się w wielkiego bohatera – ikonę męczeństwa w imię wielkich tradycji romantycznych. Prędko bowiem okazuje się, że napad na transport broni konwojowany przez zaskoczonych i wcale nie broniących się żołnierzy, napad, który, jak obiecano subtelnemu Juliuszowi, miał obejść się bez ofiar, stał się aktem terroru, do świadomości chłopaka dociera fakt, że wziął udział w morderstwie, że padają strzały, leje się krew i że to nie polowanie, a ciała zabitych to nie trofea zajęcze. Wrażliwość, empatyczność i zwykła, ludzka solidarność, która nie rozróżnia narodowości, nakazują Juliuszowi nieść pomoc rannym Rosjanom, a nie zbiec z miejsca zdarzenia, by nie zostać teraz pojmanym, ani potem rozpoznanym. 

Utwór Platerówny przedstawia przede wszystkim dramat młodzieńca, trochę znudzonego jednostajnością życia na prowincji, dlatego poszukującego jakiegoś celu. Z tej potrzeby uwikła się on w niebezpieczną dla siebie sytuację, a wychowany przez dbających o świadomość narodową rodziców, odczuje misterium chwili, ani przeczuwając, że stanie się jej ofiarą i jej gorzkim symbolem. Poczuje w piersi gorące, polskie serce, i na wpół przytomnie zaangażuje się w działanie, którego istoty ani nie rozumie, ani, nie znając wojny, nie potrafi sobie wyobrazić. Wygłasza odważne tezy, a identyfikując się z aktywistami, traci stopniowo poczucie rzeczywistości i nie zważa na ostrzeżenia. Ponosi go fantazja i młodzieńcza brawura, a organizatorzy, kimkolwiek są, jego zapał wykorzystują. 

Zadanie, jakie ma wykonać Juliusz jest nie tylko odpowiedzialne, ale nad wyraz ryzykowne. Po napadzie na transport broni z miejsca pośpiesznie uciekają wszyscy uczestnicy, zdając sobie sprawę z tego, że na skutek wymknięcia się jednego z Rosjan, akcja jest spalona. Juliusz tego nie wie, nie myśli o tym, zajęty pomocą rannym. Tymczasem podbuntowani przez Rosjan chłopi, zebrawszy się w uzbrojone grupy tropią powstańców i odstawiają ich w wyznaczone na więzienia miejsca, napadają, grabią, mordują, palą dwory. rozwścieczona i żądna krwi masa chłopska wyręcza zaborcę. Ofiarą tłumu włościan pada także Juliusz, gdy osamotniony usiłuje przedostać się lasami, gdzie w Wyszkach mają czekać nań konie, by na nich mógł przedostać się za Dźwinę i połączyć z oddziałem Narbuta. Koni nie dostaje, a wyczerpany nie ma siły dalej iść i trafia do poniżającej niewoli. Jego losem nie przejmuje się żaden z organizatorów. Główny dowódca, Zdzisław oraz jego krewni uczestniczący w napadzie, wskutek działań Agaty (Heleny Bujnickiej) zaprzyjaźnionej z familią Rosjanina, ministra spraw wewnętrznych Piotra Wałujewa, otrzymują ułaskawienie. Zdzisław dostaje paszport i czym prędzej czmycha za granicę. Juliusz, członek arystokratycznego rodu Platerów poniesie całkowitą winę za krwawe wypadki z Baltyńskiego lasu i zostanie uznany za głównego prowodyra. Nie zaprzeczy. Przyrzekłszy lojalność, bierze całą winę na siebie, co argumentuje potem współczuciem dla faktycznego dowódcy, Zdzisława, który miał żonę i maleńkie dziecko. Nie wie, że Zdzisław jest już w drodze do wolności. I cóż z tego, że Anna (naprawdę Aneta ze Sznederów) zmusi męża do napisania samooskarżającego listu i dostarczy ów list w przededniu egzekucji, komisja śledcza uzna postępek Zdzisława za chwalebny, ale nie da mu wiary.      

Dla wszystkich osób związanych z akcją pod Krasławiem śmierć młodego powstańca staje się wygodna. Tylko zdesperowana rodzina znikąd nie uzyskuje pomocy. Pociechą dla Matki staje się myśl o pośmiertnej nagrodzie dla syna. Juliusz, niesprawiedliwie osądzony jest prawdziwym kozłem ofiarnym, najpierw nie dowierza wyrokowi śmierci, później, gdy wszystko ku temu zmierza, bo jego sprawą zainteresuje się sam Murawiew-„wieszatiel”, powie tylko: „Dziwno to jednak tak zdrowemu bez żadnej choroby iść na tamten świat!”. Ten czas oczekiwania na śmierć stanie się czasem dorastania Juliusza do świętości, a przestrzeń jego celi przestrzenią sacrum. Pewność nadchodzącej śmierci uczyni zeń męczennika. Noc spędzi Juliusz wraz z księdzem na modlitwie za wrogów i krzywdzicieli, w ostatnim pożegnaniu z rodziną wesprze i pocieszy zrozpaczoną matkę i siostrę, cytując fragmenty Biblii, a znak krzyża, który uda mu się, mimo związanych rąk, uczynić na kilka sekund przed egzekucją, dopełni aureoli świętości. Zwłoki nigdy nie zostaną wydane rodzinie, sprawa prowadzona aż po rok 1874 nie zostanie wyjaśniona.

Wokół Dramatu bez nazwy toczyła się ostra polemika literacka. Kontrowersje pojawiły się już na gruncie werdyktu, choć, ogłaszając wyniki, przedstawiano utwór jako napisany „bez żółci i namiętności”, podkreślano jego naiwność, rzewność, liryzm, wskazywano na absencję „czarnych charakterów”, przestrzegano przed pochopną oceną wymowy politycznej, na karb lekkomyślności młodzieży i upośledzenia warstwy najniższej kładąc tragiczny finał . Natychmiast jednak na łamach prasy galicyjskiej i warszawskiej: (m.in. „Szkiców” , „Przeglądu Polskiego”, „Tygodnia”, „Czasu”, „Gazety Narodowej”) rozgorzał spór o zasadność nagrodzenia utworu. Głosy krytyczne, które pochodziły od dziennikarzy deklarujących się jako liberalni i postępowi, ogniskowały się wokół zarzutu, iż utwór godzi w świeże uczucia patriotyczne, szarga narodowe świętości, a objaw najwyższej ofiarności przedstawia jako nieobliczalne „dzieło szajki obszarpańców i warchołów”. Utwór wziął w obronę Koźmian, wykazując stronniczość opinii, nieznajomość kryteriów oceny tego typu utworów, błędność odczytania sensów i potępienie przez totalne zanegowanie także wartości artystycznych. Obszerna recenzja Koźmiana wystawia Dramatowi bez nazwy jak najpochlebniejszą opinię, dość wspomnieć słowa zachwytu: „i w najodleglejszych czasach będzie on zajmował i wzruszał, bo nigdy obojętnym stać się nie może dopóki istnieć będzie mowa polska” oraz konkluzję „jest to jeden z tych utworów, dla którego z powodu końcowego i ostatecznego jego wrażenia, ściany teatru byłyby za ciasne”. 

Negatywna ocena tekstu, pominąwszy zadrażnienia na linii ideologicznej, wynikała z jego niezrozumienia, które ułatwiła poniekąd sama autorka – nie osadziwszy akcji w przestrzeni wyraźnie określonej, zadźwińskiej. Niezbędnym kontekstem dla właściwej interpretacji utworu była bowiem specyfika terenu Inflant, na którym rozegrały się wypadki. Wynikała ona nie tylko z oczywistych uwarunkowań geograficznych i historycznych oraz bieżącej sytuacji politycznej, ale przede wszystkim z ewidentnej abstrakcyjności głoszonych projektów włączenia ziem zabranych w I rozbiorze w obręb Królestwa. Interpretatorzy, nie znając realiów, nie musieli pamiętać o charakterystycznym dla patriotów kresowych tragizmie zniewolonej, czy raczej uwięzionej świadomości narodowej, polegającej na niemożności wyrażenia otwartej i bezpośredniej niezgody na niesuwerenność, o trwającej co najmniej od czasów poprzedniego powstania opozycji kulturalnej: zamiast szczęku oręża – pielęgnowanie i szerzenie polskiej kultury, języka, obyczaju. Apologia Koźmiana jeszcze pogorszyła recepcję utworu, który stał się przedmiotem ideologicznych przetargów i argumentem odmiennych racji. Odpowiedź długo milczącej autorki nadeszła po prawie dwudziestu latach... książkową edycją Dramatu bez nazwy  i zawartą w niej adnotacją, iż dochód ze sprzedaży ma zostać przeznaczony na renowację Wawelu. 

Trudno zgodzić się z krzywdzącym zarzutem, iż Platerówna pokazuje zryw powstańczy jako „dzieło szajki obszarpańców”. Cieniowanie emocji wpisane jest jedynie w pola semantyczne obejmujące określenia takie jak: brawura, zapaleńcy, zabawa w powstanie, gra hazardowa. Platerówna kreśli nad wyraz subtelnie obraz tragicznego splotu okoliczności, uwidacznia różnicę zdań pomiędzy aktywistami, a pokoleniem reprezentującym światopogląd konserwatywny, nie dokonując ocen ani w dialogach, ani w didaskaliach. Utwór, z uwagi na wybór gatunku, w ogóle pozbawiony jest jakiegokolwiek jawnego czy ukrytego komentarza. Dramat bez nazwy jest zapisem przeżyć, o jakich nie wolno było zapomnieć tej osobliwej Antygonie z Polskich Inflant, stawiającej veto surowemu prawu zapomnienia, jest wypełnieniem siostrzanej powinności, aby ocalić od zagłady pamięć o bracie, niesłusznie skazanym na śmierć i publiczne potępienie.      

W roku wybuchu II wojny światowej ukazała się we Lwowie ilustrowana, 32-stronicowa książeczka księdza Leona Platera poświęcona w całości jego stryjowi, zawierała pieczołowicie zebrane wiadomości o życiu bohaterskiego powstańca. Rodzinie, która bezskutecznie dopominała się o sprawiedliwość, pozostało mówić o niej przyszłym pokoleniom. Legenda Leona Platera nie może równać się ze spektakularną legendą Emilii, może też i dlatego, że nie było wówczas drugiego Mickiewicza, który mógłby tak przejmująco opiewać śmierci pułkowników, pewnie też i z powodu różnych skutków tych dwu narodowych zrywów. Piszący o Leonie jednogłośnie podkreślają jego ofiarność i wierność ideałom. Ludwika z jego życiorysu wydobyła przede wszystkim rodową dumę i honor, poświęcenie i patriotyzm, równocześnie zaś pokazała go jako młodego człowieka, z jego słabościami, niedostatkami, typowymi dla wieku dylematami. Postać bohaterskiego powstańca weszła także do świadomości ludu, na jego cześć ułożono Pieśń łotewską na rozstrzelanie Leona Platera . „Płomień rozgryzie malowane dzieje, skarby mieczowi spustoszą złodzieje, pieśń ujdzie cało”?

Dziennikarz „Rzeczpospolitej” Robert Daniłowicz, szukający w bastionie nr 3 dyneburskiej fortecy śladów pamięci o Platerze, latem minionego roku zanotował: 

Nad wejściem do Fortu numer trzy wisi kłódka. Ostra zima dała się we znaki składowanym tu kartoflom, bo z wnętrza sączy się charakterystyczny fetor. W latach 20. ubiegłego wieku wmurowano tam tablicę poświęconą Leonowi Platerowi, którą po wojnie zniszczono. Dzisiaj nikt się nie kwapi, by ją odtworzyć.  

Jest początek kwietnia 2008, od zdarzeń opisanych przez siostrę Platera – sceniczną Lincię – minęło 145 lat, stoję przed bastionem nr 3 dyneburskiej twierdzy. Kłódkę zdjęto, więc mogę zajrzeć, a nawet wejść do wnętrza, gdzie spoczywają szczątki powstańca, który oddał życie dla narodowej sprawy. Na mokrej, zatęchłej ziemi walają się sizalowe worki po ziemniakach, tu i ówdzie kupki śmieci i ptasie guano. Synestezję wrażeń dopełnia odurzający smród – pod ścianą, w którą w 1923 wmurowano pamiątkową tablicę, jaką Naród Polski erygował Platerowi, leży psie truchło w ostrej fazie rozkładu. Po tablicy pozostał ślepy, wklęsły ślad – sowiecka władza zadbała o zaniedbanie. Wyzywająca ruina, która jest miejscem naszej zbiorowej pamięci, odsyła już tylko do imaginacji. Materialnie, po Platerze nie ocalało tu nic. Bo i Dyneburg w dawnych Polskich Inflantach to dla wielu Polaków przestrzeń bez nazwy, Sumatra i Borneo, jak pisał ongiś Gustaw Manteuffel, „paradygmat nieistniejącej kultury”, jak dziś określa je Krzysztof Zajas , przestrzeń zbyt odległa od polskich miejsc, zbyt daleka od polskiego pamiętania. Wracam myślą do prywatnego dramatu Platerów, do syndromu braku, do beznazwowości. Cisza dyneburskiej twierdzy skłania do refleksji o milczeniu, obojętności, zapomnieniu. I chyba już wiem, dlaczego Ludwika Platerówna tak właśnie zatytułowała swój dramat. 

prof. Dorota Samborska-Kukuć


Wszystkie prawa zastrzeżone

Artykuł dostępny dzięki uprzejmości prof. Doroty Samborskiej-Kukuć
i współpracy Ambasady RP w Rydze. Dziękujemy.

 

Eugeniusz Broel-Plater Wspomnienia, [w:] Z okolic Dźwiny. Księga zbiorowa na dochód Czytelni Polskiej w Witebsku, Witebsk 1912, s. 118, Śląska Biblioteka Cyfrowa

Ludwika Broel-Plater Dramat bez nazwy: obraz sceniczny w pięciu aktach: na tle wypadków roku 1863, Kraków 1863, Pomorska Biblioteka Cyfrowa

 

Materiały, które mogą Cię zainteresować:

„1863. Gra o niepodległość”. Gra-wystawa MHP o powstaniu styczniowym

Miejsce pamiętników i wspomnień w badaniach nad powstaniem styczniowym

Kolekcja „Powstanie 1863 r. Pamiętniki i wspomnienia”

Bić się czy nie bić? – wywiad z prof. Jerzym Zdradą o powstaniu styczniowym

Fotograficzny portret powstańców styczniowych

Powstanie styczniowe na żelaznych drogach

Powstanie styczniowe

 

 

 

 

 

 

Modyfikacja: 02/28/2013 15:38:04 przez HS

Modyfikacja: 04/26/2013 10:39:39 przez HS
2013-02-18